Zadzwonił do mnie z Gubina dawny „wyspiarz" z ul. Krótkiej 1/1, Maciej Szymański, rodowity Kolanin, do lat 80-tych od urodzenia zamieszkujący na Kolskiej Starówce. A że znamy się, bo na dawnej Starówce, na placu koło kina „Moda Gwardia", często kopaliśmy piłkę i graliśmy w palanta, rozmowa nasza nadała wspomnieniom niezwykle ciepłych barw…
„Jak już w Kole nikt zapewne nie wie, albo może jeszcze nieliczni – rozpoczął rozmowę Maciek – opowiem ciekawą, rodzinną, głośną przed wielu laty historyjkę o moim ojcu Wacławie Szymańskim, który na Kolskim Ratuszu uratował stare ratuszowe zegary.
Rodzice moi, o ile wiem, znali się jeszcze przed wojną. Mama, z domu Zofia Szymańska, z ul. Zawiszy Czarnego, jak i mój ojciec Wacław Szymański z pobliskiego Lucjanowa spotkali się w czasie okupacji niemieckiej na przymusowych robotach gdzieś koło Monachium i tam się pobrali. Tuż po zakończeniu wojny, w 1945 roku, powrócili do Koła. Zamieszkali na ul. Krótkiej 1/1 na parterze, gdzie ojciec, z zawodu krawiec, otworzył swój warsztat.
Jednak gdzieś w połowie lat 50-tych zamienił krawiectwo na bardziej pasjonującą go hydraulikę, której tajniki poznał jeszcze tam, pod Monachium. Sprawił, że nasz dom przy ul. Krótkiej był wtedy jedynym z bieżącą wodą.
Gdy w latach 60-tych na kolskim ratuszu montowano przekaźnik telewizyjny, spece od ówczesnej telewizji, bodajże z Krakowa, poinformowali władze miasta Koła, że przebudowa części zegarowej ratusza pod montaż przekaźnika jest konieczna – kosztem zegarów. Tak miało się stać i tak się stało.
Ojciec, wielki pasjonat mechaniki zegarowej, gdy się o tym dowiedział, po rozmowach z władzami miasta zaoferował, że po montażu przekaźnika naprawi zegary i uruchomi je ponownie. Była to dla nas, młodych wtedy chłopaków – mnie, Macieja, i moich braci, Mateusza oraz Janka Szymańskich – niesamowita przygoda. Głównie ja, jako najstarszy, pomagałem ojcu. W szkolnych warsztatach dawnej kolskiej zawodówki i w ZREMBIE dorabiano potrzebne ojcu części. My natomiast, kilkuletnie chłopaki, żyletkami zeskrobywaliśmy z zegarów starą farbę.
I chociaż dokonano przebudowy górnej części wieży ratuszowej pod telewizyjny przekaźnik, on własnym kosztem uratował zegary. Jeszcze przez kilka lat nasz ojciec zajmował się ich konserwacją. Otrzymał wtedy od ówczesnych władz miasta Koła jedynie podziękowanie na piśmie.
Do zawodu krawca ojciec już nie powrócił. Dopóki żył, zajmował się hydrauliką. Dzięki niemu także na cmentarzu parafialnym w Kole, przy ul. Poniatowskiego, jest bieżąca woda. Zmarł w roku 1986, natomiast mama w roku 1990."
Foto oraz dokumenty z rodzinnego archiwum domowego Macieja Szymańskiego i jego braci, lata 1946–1973.
Foto nr 1. Rok 1959, podczas komunii św. Macieja. Bohater mojego felietonu, Wacław Szymański, pośrodku, z lewej jego żona Zofia Szymańska, przed nią stoi Maciej Szymański, z prawej natomiast Stanisława, matka obecnego Darka Borowiaka, słynnego kolskiego podróżnika, a pośrodku kilkuletni wówczas Mateusz Szymański.
Foto nr 2. Od lewej strony na barierce stoi Maciek Szymański, kolejno jego mama Zofia Szymańska z jego bratem Jankiem, następnie siostra Stanisława, brat Mateusz, kuzyn Marek Cesiński i ojciec Macieja, Wacław Szymański.
Foto nr 3. Akt ślubu Wacława i Zofii Szymańskich, zawartego na terenie Niemiec, sporządzony już w Polsce pod nr 71 z dnia 21 czerwca 1946 r. i potwierdzony za zgodność 11.06.1973 r. przez proboszcza Kościoła Farnego na Kolskiej Starówce, ks. Kasprzaka.
PS. Dziękuję Maciejowi Szymańskiemu i jego braciom za ciekawą opowieść o ich ojcu Wacławie oraz za udostępnienie pamiątkowych zdjęć i dokumentów z rodzinnego archiwum.
Tekst opracował Ryszard Borysiewicz