Pomimo drożyzny stać było nas na bochenek chleba za 7 400 zł, na kostkę masła za 15 000 zł, na kilogram mąki pszennej minimum za 3 500 zł, na kilogram cukru za 14 000 zł, za litr mleka 5 700 zł, za kilogram kiełbasy zwyczajnej 61 200 zł, za kilogram wołowiny z kością 19 500 zł, a przy napływie apetytu za zwykły jogurt mleczny trzeba było wtedy wyłożyć z portfela dobre 8 000 zł — bo jak tu dziecku odmówić.
Często była to towarowa fatamorgana, a na półkach kolskich sklepów spożywczych nie zawsze można było ujrzeć coś więcej niż dominujące wówczas, występujące w nadmiarze butelki octu w cenie 3 000–5 000 zł za litr, sól w cenie 600 zł za kilogram oraz zapałki kosztujące 2 500 zł za paczkę. Innych cen sklepowych z tamtych czasów nie przytaczam, bo to już trudniej — jedynie artykułów tych podstawowych.
A banknoty o nominałach pół miliona, jeden milion czy dwumilionowe zawsze, przezornie, w razie czego, miałem przy sobie. Byłem świadkiem, jak banknotem stuzłotowym, przy literatkach pewnego trunku, jego degustatorzy podpalali z „wielkopańskim” gestem papierosy. Ano milionerzy.
Znane w tamtych czasach było powiedzenie o wielu z nas — „milionerzy w pocerowanych skarpetkach”. Ile było w tym prawdy? A to pozostawiam już Państwu.
PS Załączam foto zachowanego w moim posiadaniu z tego okresu wiadra emaliowanego, importu z ówczesnego ZSRR, którym „Bratni Przyjaciel” ze Wschodu m.in. podtrzymywał będącą w letargu naszą krajową gospodarkę. Cena wiadra, które na przydział można było dostać m.in. i w gospodarczym przy Starym Rynku, nie zachowała się.
Foto — banknoty o wysokich nominałach, ze zbioru własnego autora.
Tekst opracował Ryszard Borysiewicz